Kultura | Edukacja | Kronika 112 Sport i rekreacja | Inwestycje

Reklama

Jesteś zainteresowany zareklamowaniem się w naszym serwisie?
Sprawdź dostępne możliwości współpracy!

Oferta reklamowa

Kontakt

Masz ciekawy temat? A może jakieś pytania?

Kontakt

Tragedia 1 września 1939 r. oczami 4-letniego wówczas chłopca – Eugeniusza Misiaka

28 sierpnia 2018 | Pozostałe

Tragedia 1 września 1939 r. w Wieluniu opisywana przez naocznych świadków jest wstrząsająca. Oprócz nich byli też inni obserwatorzy, z pobliskich wsi.

Wieluń – małe miasteczko z „trochę” większą historią. Szczególnie dotknięte przez los 1 września 1939 r. Tragedia miasta była nieznana, zapomniana bądź w pamięci jedynie ludzi starszych. Nowe pokolenia często nie rozumieją tragedii tamtych lat – a szkoda, bo była to potężna lekcja przewartościowująca sposób myślenia tych co przeżyli.

Około 15 lat temu młody Kajetan Krykwiński będąc uczniem gimnazjum, w ramach pracy domowej na lekcję historii, przeprowadził wywiad ze swoim dziadkiem – Eugeniuszem Misiakiem na temat jego wspomnień dotyczących 1 września 1939r. w Wieluniu. W tamtym czasie Eugeniusz Misiak był 4-letnim chłopcem.

Dziadziusiu, czy mogę przeprowadzić z Tobą wywiad? – Zwracam się do mojego Dziadka Gienka.
Kiedyś słyszałem Twoje wspomnienia z czasów Drugiej Wojny Światowej. Co pamiętasz z tego okresu?

Wtedy miałem tylko 4 lata, rozpoczyna opowieść dziadek, ale wspomnienia te zapadły mi głęboko w pamięć. Wojna wybuchła 1 września 1939r. w Wieluniu. Ja mieszkałem wtedy w miejscowości Wydrzyn w pobliżu Wielunia. O godzinie 4:40 obudził nas przeraźliwy ryk syren trwający kilka minut, a po chwili słychać było wybuchy bomb i widać było ogromną łunę nad Wieluniem.

Tu muszę dodać, że moja Matula przed wojną pracowała w Niemczech, gdzie wielokrotnie słyszała ryk silników samolotów niemieckich. Wtedy też wśród Niemców krążyły pogłoski o mającej nastąpić napaści Niemiec na Polskę i dlatego natychmiast skojarzyła fakty, że to wojna.

Ludzie wystraszeni wybiegali z mieszkań, dzieci płakały, zwierzęta były niespokojne, psy wyły. Wszyscy z przerażeniem patrzyli w stronę Wielunia. To był koniec spokojnej nocy. Oczekiwaliśmy co będzie dalej.

Nalot niemieckich samolotów powtórzył się i wtedy w naszej miejscowości ukazali się pojedynczy polscy żołnierze. Za nimi nadleciały samoloty, z których słychać było terkot pokładowych karabinów maszynowych. Chowaliśmy się w redlinach ziemniaków. Mój ojciec położył się na mnie w redlinie ziemniaczanej i swoim ciałem zakrył mnie przed niemieckimi samolotami.

A więc wojna. Nie dotarł do mnie sens tego słowa. Co to jest wojna? – Nie miałem pojęcia, co to oznacza. Słychać było głosy różnych ludzi, że musimy uciekać. Ale dokąd???

Skierowaliśmy się w stronę Pabianic. Drogi pełne były wozów i ludzi. Znów samoloty. Wszyscy chowali się w rowach. Ponownie słychać było huk bomb, rozpacz rannych ludzi. Widać było rozbite wozy, zabitych ludzi i konie. Na jednym z nich siedziała nieżywa, zakrwawiona kobieta z również nieżywym już dzieckiem. Wóz roztrzaskany, koń zabity, a gospodarz – jej mąż z batem w ręku biegał dookoła wozu. Z nadmiaru tragedii postradał zmysły.

My uciekaliśmy dalej: wóz za wozem, jeden za drugim. Oszalały koń sąsiada pogryzł mnie, oddarł mi na plecach kawał skóry (pomimo upływu czasu wspomnienia stają jak żywe przed oczami dziadka, przywołując ogrom całej tragedii, zapierają dech w piersiach, wywołując ból i wyciskając łzy – musimy na chwile przerwać…) i mój krzyk zmusił ludzi do bicia konia i uwolnienia mnie z opresji.

W końcu front i wojsko nas dogoniły. Dalej nie było sensu uciekać. Pomimo strachu wróciliśmy chorzy i zmęczeni do domu w Wydrzynie. Dręczyło nas wszystkich pytanie: co dalej, co nas czeka?.

Bliską rodzinę Niemcy wywieźli z Wydrzyna: stryjka Marciniaka do obozu w Dachau a moich dziadków Banasiów z czworgiem kuzynostwa do obozu w Mielcu, skąd po pewnym czasie uciekli i ukryli się w Wydrzynie.

Ojciec został zmuszony przez Niemców do pracy jako kowal w kuźni. Mama żywiła nas po kryjomu (9 osób) tj. w młynku do kawy mieliła znalezione na polu garstki ziaren żyta i na blasze kuchennej piekła z nich placki.

Coraz więcej ludzi trafiało do obozów koncentracyjnych a mój ojciec Antoni i mama Helena wstąpili już pod koniec wojny do Batalionów Chłopskich (potwierdzeniem tego jest kserokopia zaświadczenia dodana przez Dziadka) – organizacji wywodzącej się z szeregów Armii Krajowej. Po wojnie otrzymali za to wysokie odznaczenia państwowe: ojciec – Krzyż Kawalerski Odrodzenia Polski a mama – Złoty Krzyż Zasługi.

Na koniec Dziadek dodaje:
Dziecko, obyś ty nigdy nie przeżył tego ciągłego strachu, głodu i upodlenia jakie przyniosła ze sobą II Wojna Światowa. Każdy, kto to przeżył, nigdy już nie był tym samym człowiekiem… (znowu łzy w oczach Dziadka, co z kolei wywołuje u mnie ściskanie w gardle i z tego powodu musimy zakończyć wywiad).

Coraz mniej jest ludzi pamiętających czasy II Wojny Światowej. Warto poznać ich wszystkich wspomnienia z tamtych dni, gdyż to one właśnie dając obraz całości, dopełniają wieluńską tragedię 1 września 1939 r.

Reklama Salon optyczny Jacek w Wieluniu
Copyright © 2017-2024 Kocham Wieluń